Patrzyłam na Karinę, mocno ściskając jej dłoń. Widziałam w jej oczach lęk. W podobnej sytuacji zginął jej brat - Mateusz. Więc nic dziwnego, że dziewczyna się boi. Ale ja wiem, że wyjdziemy z tego cało. Że wszyscy wylądujemy szczęśliwie i nic się nikomu nie stanie. Po prostu to wiem..
Wszyscy siedzieli przymocowani pasami do foteli. Pocieszali się nawzajem, choć się nie znali. To był piękny widok. Tylko szkoda, że rozmawiają tylko w wyniku zagrożenia, ale mamy XXI w. słowa jak 'dzień dobry', czy 'przepraszam' są większości populacji obce. To przykre, ale niestety prawdziwe.
Nagle poczułam lekki wstrząs. Zamknęłam odruchowo oczy, ściskając rękę przyjaciółki. Czekałam na koniec. W sumie śmierć ma tez i dobre strony. W moim przypadku, np. spotkam się z mamą, hejty odejdą w zapomnienie. Będzie jak w raju. Ale to nie takie proste. Co z moim tatą? On się załamie, będzie się obwiniał. Pomyśli, że to jego wina, bo pozwolił mi jechać na te wakacje. A co z Kacprem? Moim najlepszym przyjacielem? Kocham go jak brata i ie chce, żeby był z tego powodu smutny. Nie chcę patrzeć z góry, jak wieczorem samotne łzy spływają ciurkiem po jego policzkach. Nie chcę, żeby przychodził na mój grób i pytał 'dlaczego to zrobiłam? dlaczego nie zostałam w domu?'. To wszystko zaczęło mnie przerastać. Nie chciałam umierać. Ne w ten sposób. Otworzyłam szybko oczy i rozejrzałam się wokoło. Zobaczyłam ludzi. Przestraszonych, zapłakanych. Od dzieci po staruszków. Przecież nie możemy tak wszyscy zginać... to nie fer... Odpięłam pas i wstałam z fotela.
- Posłuchajcie mnie wszyscy. Zamiast płakać i się żalić, odmówmy wspólnie modlitwę. Bóg nas wysłucha. To pomoże naszemu pilotowi. Zaufajcie mi, proszę. Nie chcę, żebyśmy wszyscy umarli... w taki sposób. Jeszcze piękne lata przed nami. Czy nie przyjemniej pożegnać się z życiem w małym domku na wsi, przy starym psim przyjacielu? Z żoną, czy mężem u boku i dziećmi, które robią ciepłą herbatę? I wnukami bawiącymi się u naszych stóp, podczas gdy my będziemy siedzieć w fotelach bujanych? Czy tak nie jest lepiej?A teraz odmówmy różaniec. Najszczerzej jak umiemy. Tak, żeby Bóg wysłuchał. Żebyśmy spokojnie wylądowali. - uśmiechnęłam się na koniec i usiadłam. Byłam z siebie dumna i czułam, że mama też jest. Zaczęłam różaniec, bo inni się najwyraźniej wstydzili. Robiliśmy to całym sercem. Wiedziałam to.
Kolejny wstrząs. Przestraszyłam się, ale odmawiałam różaniec dalej. Po krótkiej chwili usłyszałam głos naszej stewardessy:
- Drodzy państwo, nasz pilot szczęśliwie wylądował. A my właśnie jesteśmy w Londynie.Chciałam z całego serca podziękować młodej dziewczynie w dredach. Za walkę do końca. Za wiarę w siebie i w nas, w pilota i Boga. Życzę udanych wakacji i dziękuję za wspólny lot. Kiedy już wstałam z miejsca usłyszałam głośne brawa. Wszyscy patrzyli na mnie. Nie wiedziałam jak mam się zachować. Po moich policzkach popłynęły łzy. Nie smutku, ale szczęścia. Wszyscy byli dla nas mili - dla mnie i dla Karinki. Chcieli, żebyśmy wyszły pierwsze, ale zaprzeczyłam i poczekałyśmy aż wszyscy opuszczą samolot.
~*~
- Cześć córciu! - usłyszałam ciepły głos cioci Kasi. Tak właściwie, to odkąd wyprowadziła się z Polski to cioci - Kate.
- Hej ciociu, na jaką ulice mamy przyjechać?
- A na jakiej jesteście?
- Już cioci mówię. Karinka, jaka to ulica? - zapytałam przyjaciółkę, która rozglądała się za pięknem tego miejsca.
- One way road - odpowiedziała zamyślona. Moment... przecież to oznacza 'droga jednokierunkowa'... Moja głupiutka.
- Nie widzę żadnej tabliczki z nazwą. Jesteśmy na lotnisku głównym. Jak możesz to przyjedź po nas, a jak nie to podaj adres to zamówimy taksówkę.
- Kochanie nie ruszajcie się stamtąd. Zaraz będę. - usłyszałam tylko pikanie telefonu i wsadziłam go do kieszeni szortów.
~*~
- Jej, ciociu jak tu pięknie. - nie mogłam się napatrzeć na ten piękny dom. Na ogród. Wszystko było po prostu idealne.
- Nie przesadzaj, aż tak wspaniale to nie jest. - zauważyłam u niej mocno czerwony rumieniec. Uśmiechnęłam się tylko. W ułamku sekundy leżałam na ziemi. Kompletnie nie wiedziałam co się stało. Kiedy otworzyłam oczy zobaczyłam wielki, kudłate coś, które lizało moja twarz, bardzo mnie przy tym łaskocząc.
- A to jest Gustav. - powiedziała ciocia śmiejąc się z zaistniałej sytuacji.
- Jaki on śliczny! - pisnęła Karina na niego. Zaczęła go głaskać, drapać i przytulać. Ona tak kocha psy. Ale zabawnie to wygląda, kiedy tak mała istotka bawi się z tak wielkim zwierzęciem. Razem z ciocią poszłysmy do kuchni czegoś się napić, a moja siostra została z Gustavkiem. Słyszałam jej śmiech i szczekanie psa. To było takie słodkie.
Zrobiło się już późno więc udałyśmy się do swoich pokoi. Kiedy otworzyłam drzwi pierwsze co rzuciło mi się w oczy to ogromne lustro na ścianie. Kocham się przeglądać i stroić różne głupie miny więc to jest super! W mig włożyłam swoje ubrania do szafek i położyłam wszystkie drobiazgi na odpowiednich miejscach. Wszystko komponowało się ślicznie. Zauważyłam jakieś drzwi i z ciekawości je otworzyłam. Nie mogła uwierzyć w to co zobaczyłam. Własna łazienka! Jej jak super. Lepiej chyba być nie może. Umyłam się szybciutko i wgramoliłam się do łóżka. Leżałam chwilę, a potem sen zgarnął mnie do swojego świata. Śniłam o przeróżnych rzeczach, ale najbardziej zapamiętałam piękne, najbardziej niebieskie oczy na świecie. Tylko... do kogo one należą?
__________________________________________
A wy już domyślacie się do kogo? Mam nadzieję, że nikogo nie zanudziłam i gratuluję tym, którzy przeczytali do końca moje wypociny. Kocham was mocno i dziękuję za każdy komentarz i każde wejście na bloga. Kolorowych snów kochani :) :*
Kocham twojego bloga <3 jest strasznie oryginalny i trzyma w napięciu ;) czekam na kolejny rozdział :D (niebieski oczy nialla mmm..:3) XD
OdpowiedzUsuń