26 października 2013

Rozdział 10

   Szłam przez park słuchając muzyki. Podążałam na spotkanie z tym całym Niall'em. Co on w ogóle ode mnie chce. Przecież nic mu nie zrobiłam. Eh może jak z nim pogadam to da sobie spokój. Tak szczerze to on mnie trochę przeraża. Z tamtej sytuacji mogę wywnioskować, że ma wahania nastroju, niczym kobieta podczas okresu.
- Cześć mała. - powiedział kiedy tylko mnie ujrzał. Podszedł do mnie i złożył delikatny pocałunek na moim czole.
- Yyy hej.
- Coś nie tak? - zapytał z troską.
- Wszystko w porządku. - podniosłam głowę i spojrzałam w jego piękne, niebieskie tęczówki. Widziałam w nich zmartwienie i szczęście. Uśmiechnęłam się.
- Przejdziemy się? - zapytał na co tylko skinęłam głową na tak.
   Szliśmy w ciszy, która była po prostu nie do zniesienia. W pewnej chwili  poczułam, że delikatnie dotyka moją dłoń swoją. Odsunęłam gwałtownie rękę i spojrzałam w oczy chłopaka. W jego oczach była złość. Dużo złości. Złapał mnie mocno za rękę
i wyglądało to tak, jakbyśmy byli co najmniej parą. Odwróciłam głowę, żeby na niego nie patrzeć.
- Czego ty ode mnie chcesz? - szepnęłam cicho, kiedy siedzieliśmy na ławce.
- Ciebie. - odpowiedział i uśmiechnął się z wyższością.

   Nie chciałam słuchać jego zrąbanych gadek i wstałam z ławki. Nie zrobiłam nawet dwóch kroków, bo ten debil złapał mnie za nadgarstek. Nie bolało bardzo, ale nie miałam się jak wyrwać. Musiałam na niego spojrzeć.
- Zostań jeszcze ze mną mała. Proszę. Jak chcesz to idź, ale proszę zostań. - w tych jego słowach było coś przekonującego. Uwolnił mój nadgarstek, dając mi wybór. Zdziwiło go, że z powrotem zajęłam miejsce koło niego. Uśmiechnęłam się do niego, a w sercu poczułam jakby... radość? Niemożliwe. Nie, nie mogę zakochać się w takim kimś. Z tego co wiem z gazet, to on dziewczyny podrywał na jeden raz. A to, że jest sławny i bogaty tylko ułatwiało mu zadanie. Nie chcę być jego kolejną zdobyczą. Nie mogę go kochać.
- Chcesz się do mnie przejść? - wyrwał mnie z zamyślenia.
- Okej, a daleko to? - zapytałam i wyszczerzyłam swoje zęby.
- Spacerkiem będzie z jakieś 20 do 30 minut. To jak? Chce ci się iść, czy zostajemy tu?
- Możemy iść. - wstał z ławki i podał mi dłoń. Chwyciłam ją i również wstałam.
   Z minuty na minutę coraz bardziej się do niego przekonywałam, ale nie. Nie mogę. Nie chcę. Co będzie, jeśli się zakocham. On mnie wykorzysta i zostawi? Nie chcę tak. To trudne, nawet bardzo.
- To tu. - powiedział, kiedy stanęliśmy pod bramą wielkiego domu. Obejrzałam go od góry do dołu i nie mogłam uwierzyć własnym oczom.
- Z kim mieszkasz? - zapytałam ciekawa, wchodząc na posesje.
- Z kumplami z zespołu. Razem jest nas pięciu.
- Może lepiej tam nie idźmy? - trochę przeraził mnie fakt, że zaraz mam wejść do domu pełnego facetów.
- Nie no coś ty. Polubią cię. Tylko... Harry, lokowaty. On jest trochę dziwny. Trzymaj się mnie, a nic ci nie zrobi.
- Niall...
- Tak, mała?
- Boję się.
- Hej, mała. Spójrz na mnie. - patrzyliśmy sobie w oczy przez długą chwilę. - Wszystko będzie dobrze, nie martw się.
   Chłopak wyjął z kieszeni spodni klucz i otworzył drzwi. Puścił mnie przodem, a ja wolnym krokiem przekroczyłam próg.
- Nie zdejmuj butów. - usłyszałam głos za sobą i czekałam, aż Niall'er do mnie dołączy.
   Kiedy weszłam do salonu, zobaczyłam czterech chłopaków, którzy byli rozwaleni na kanapie i najwidoczniej oglądali jakiś film zajadając się popcornem i popijając piwo. Niall głośno odchrząkał, po czym cztery pary oczy skierowały się na nas.
- Niezła laska. - powiedział z wielkim uśmiechem na ustach lokowaty brunet. To pewnie Harry. Schowałam się za plecy blondyna i tylko wystawiłam głowę, żeby obserwować sytuację. - Brałbym. - chłopak ponownie się zaśmiał.
   Chwilę potem Niall'a nie było już przede mną. Podszedł do loczka i złapał go za koszulę.
- Jeśli jeszcze raz powiesz coś na nią to ci wpierdolę. Słyszysz? - Horan był bardzo wściekły, a Harry tylko chichotał. W pewnej chwili mój obrońca nie wytrzymał i się zamachnął. Nie uderzył chłopaka, bo jego koledzy w porę zatrzymali jego rękę, wymierzającą cios.
- Odbiło ci? - zapytał chłopak o ciemniejszej karnacji niż inni.
- Daj mi spokój. - Horan nie patrząc na mnie poszedł po schodach na górę. Prawdopodobnie do swojego pokoju.
   I co ja mam teraz niby zrobić? Zostawił mnie z obcymi chłopakami, a w dodatku jeden z nich to jakiś psychol. Co robić? Iść za Horan'em? Nie. Może on chce zostać sam? Wyjść z domu? Też nie. To może dziwnie wyglądać, eh sama nie wiem. Usiadłam na fotelu nie patrząc na chłopaków. Czułam na sobie ich spojrzenia. Coś pomiędzy sobą szeptali i śmiali się. Niall, gdzie jesteś. Potrzebuję cię. Najwidoczniej moje prośby zostały wysłuchane, bo po chwili siedział koło mnie blondyn. W jego oczach widziałam złość i pustkę.
- Niall, wszystko gra? - zapytał znowu ten sam loczek. On jest jakiś nienormalny. Irytuje mnie.
- Spierdalaj. - wycedził przez zęby i objął mnie ramieniem. Poczułam się wtedy tak... bezpiecznie? Czy ja... czy ja się zakochałam? Tylko nie to... nie w nim...
- Jak tam mała? - spojrzał na mnie wzrokiem już nie pustym, tylko czułym i przepełnionym radością.
   Nie odpowiedziałam nic. Chłopak widząc to, wziął mnie na ręce i zaniósł do jakiegoś pokoju. Położył na łóżku i sam zajął miejsce koło mnie.
- Wiesz mała, znam cię dopiero drugi dzień, a czuję jakbyśmy znali się od zawsze. Czuję, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Czuję, że mogę dać ci poczucie bezpieczeństwa. Wiem, że kiedyś zmieniałem dziewczyny jak rękawiczki, ale już taki nie jestem. Chcę żebyś kochała mnie tak, jak ja pokochałem ciebie. Nie pozwolę nikomu, żeby cię dotykał, ani obrażał. Czy zechcesz zostać moją dziewczyną? Chcę być zawsze przy tobie, na dobre i na złe. - spojrzałam w jego oczy, były odrobinę zaszklone.
- Każdej tak mówisz? - zapytałam dość nie miło i zeszłam z łóżka. Podążałam do drzwi i już miałam je otworzyć, kiedy on przycisnął mnie do ściany i spojrzał głęboko w oczy.
- To było pytanie retoryczne. Jesteś już cała moja. Nie pozwolę ci odejść, czy tego chcesz czy nie.

_____________________________________________
Żuczki! Dziękuję Wam za ponad 800 wyświetleń. Przepraszam, że nic nie pisałam, ale nie miałam weny. Obiecuję to nadrobić! :-) ♥

22 października 2013

Rozdział 9

*Oczami Niall'a*

   Gdy tylko wróciłem do domu, poszedłem do swojego pokoju i wgramoliłem się na łóżko. Myślałem o Lucy. Czy to kolejna 'zdobycz'? Laska do rozkochania i porzucenia? Sam już nie wiem. To nie jest to samo co z Marry, czy Rose. To jest hmm... zauroczenie? Nie wiem, ale ona jest inna. Nie pociąga ją sława, czy pieniądze. Ona nawet nie chciała iść ze mną na tę randkę. No właśnie. Randka. Napisać czy zadzwonić? Sam nie wiem. Nagle do mojego pokoju wparował jak gdyby nigdy nic uradowany Liam.
- Pojebało? - syknąłem na przyjaciela, a on jeszcze bardziej się wyszczerzył.
- Spokojnie, co mogłeś robić sam... w pokoju... - spojrzał na mnie zboczonym wzrokiem i zaczął śmiesznie poruszać brwiami.
- Debil - krzyknąłem i rzuciłem w niego pierwszą,  lepszą poduszką. Położyłem się potem na łóżku i wróciłem do rozmyślania o Lucy.
- Hej stary, dziwnie się dziś zachowujesz. - zagadał Li i usiadł obok mnie.
- Nie wie o czym mówisz... - przekręciłem się na bok, żeby nie patrzeć mu w oczy.
- Dziewczyna?
- Może...
- Nie gadaj, zakochałeś się? - zaśmiał się. - Ty wielki Niall'u Horan'ie, zakochałeś się? Ty, ten który nigdy nie będzie w stałym związku. Ten brutalny łamacz serc z niejakiego boyband'u One Direction?
- Chcesz usłyszeć moje zdanie na ten temat?
- Dawaj. - krzyknął i klepnął mnie mocno w udo.
- Okej, to teraz uważaj - podniosłem się na łokciach i zbliżyłem usta do jego ucha. - SPIERDALAJ! - krzyknąłem, a ten tylko odskoczył.
- Dobra, luz. A jak się dowie? - zapytał już z troską w oczach.
- Nie dowie.
- Obiecujesz?
- Tak...
- Niall?
- No tak. Obiecuje, szczęśliwy?! - nie mogłem pohamować złości, on cały czas coś ode mnie chce.
- Umów się z nią. - powiedział prawie bezgłośnie, i puścił mi oczko wychodząc z pokoju.

*Oczami Łucji*

    Leżałam na łóżku myśląc o blondynie i jego cudnych oczach. Są naprawdę piękne. Jak morze w najcieplejszy dzień lata, albo jak bezchmurne niebo. Z rozmyśleń wyrwał mnie dźwięk przychodzącego sms'a. 'Od: 568 214 xxx. Cześć, spotkałem cię dziś koło kawiarni. Chcę wynagrodzić ci jakoś ten czerwony nadgarstek. Proszę, odezwij się Niall xx.'.
   Zarąbiście. I co ja mam mu niby odpisać? Przecież on mnie znajdzie. Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam wystukiwać poszczególne literki na telefonie. 'Cześć, tak pamiętam. W sumie to możemy gdzieś razem wyjść. Lucy xx.'. Wysłać, czy nie wysłać? Oto jest pytania... Dobra raz się żyje. Kliknęłam 'wyślij' i poleciało.
   Już po kilko minutach mój telefon znowu wydał charakterystyczny dźwięk. 'Okej, to bądź jutro o 13 pod tą kawiarenką, co dziś. Dobranoc skarbie. Niall xx'. Jakie kurwa skarbie? Co on sobie myśli? Pajac kurde.
   Zbiegłam na dół do kuchni, żeby nakarmić Gustavka. Zabrałam psa do swojego pokoju i usiadłam koło niego na podłodze. Wzięłam laptopa na kolana i włączyłam jakiś film. Przykryłam się kocykiem i zaczęłam głaskać zwierzaka. Po kilkudziesięciu minutach film mi się urwał, a ja odpłynęłam do krainy błogiego snu.

_____________________________________________
Przepraszam za tak beznadziejny rozdział, ale nie mam weny. Postaram się jutro napisać dłuższy. Kocham was i proszę o komentarze, które naprawdę motywują. Kocham ♥

20 października 2013

Rozdział 8

   Jakby przez mgłę słyszałam głośne szczekanie i wesoły chichot. Otworzyłam oczy i przeciągnęłam się. Nie patrząc w swoje odbicie zeszłam do salonu. Na samym jego środku siedziała drobna dziewczyna, a obok niej duży pies z wystającym językiem, który wesoło merdał ogonem. Wyglądało to jakby byli przyjaciółmi od zawsze, a nie od kilku godzin. Najwyraźniej Gustavek polubił Karinkę i z wzajemnością. Gdy tylko pies mnie zobaczył zerwał się i pobiegł się ze mną przywitać. W ułamek sekundy leżałam na drewnianej podłodze i starałam się odepchnąć zwierzaka, ale na marne stał nade mną i lizał moją twarz. Mimowolnie zaczęłam chichotać.
- Gustav! Nie wolno! - usłyszałam ostry głos cioci, która stanęła w progu wycierając ręce ściereczką. Pies posłuchał swojej pani i niechętnie przestał mnie lizać. Wrócił na swoje wcześniejsze miejsce i zaczął szturchać pyskiem moją przyjaciółkę.
- Słuchajcie dziewczynki, ja za niedługo jadę do pracy i trzeba będzie zająć się psem, możecie go potem nakarmić i wyjść z nim na spacer? - zapytała ciocia. Chwila moment... Jak to do pracy? Która jest godzina. Spojrzałam na wielki zegar, który znajdował się nad kominkiem i się przeraziłam. Jak to możliwe, że ja, taki wielki leń, wstaje sobie w wakację wpół do siódmej? Przecież to nielogiczne. Mniejsza z tym.
- Pewnie cioci! - odpowiedziała wesołym głosem Karina.
- To ja już będę się zbierać, przyjadę około 16. Klucze leżą na parapecie w przed pokoju. Do zobaczenia! - usłyszałam ostatnie słowa ciotki, a potem dźwięk zamykających sie drzwi.
- Jadłaś coś? - spytałam przyjaciółkę.
- Nie, idź sie ubrać a ja coś zrobię, oki?
- Ok.
   Podreptałam do swojego pokoju i wzięłam pierwszy lepszy strój. Przebrałam się w łazience, po czym zrobiłam sobie koka. Po 5 minutach siedziałam przy stole w kuchni pałaszując przepyszne tosty.
- Robisz najlepsze tosty pod słońcem, wiesz?
- Tak, wiem. Zawsze mi to mówisz. - zaśmiała się i zrobiła kolejny kęs.
- Idziemy zaraz z Gustavem, więc daję ci 10 minut na umycie się. Czas start!
   Znowu poszłam do łazienki. Nałożyłam pastę na szczoteczkę i zaczęłam wykonywać koliste ruchy ręką. Po 3 minutach wyplułam wszystko do zlewu i przepłukałam usta. Założyłam kolczyki ze znaczkiem Superman'a i zeszłam  do przedpokoju i włożyłam moje ulubione białe convers'y. Sięgnęłam po smycz zwierzaka, a on w mgnieniu oka znalazł się przy mnie. Poklepałam jego wielki łeb i założyłam mu obrożę. Nim się obejrzałam Karina trzymała klucze w dłoni i ruchem ręki wyganiała mnie z domu. Wyszła ostatnia i zamknęła go na cztery spusty.
- To gdzie idziemy? - zapytałam, kiedy zaczęłyśmy iść w nieznanym nam kierunku.
- Może do parku? Podobno kioło niego jest kawiarnia i lodziarnia. Mam przy sobie jakieś drobniaki, więc możemy iść na kawę lub lody.
- Wolę lody, kawa jest fu. - Karina od zawsze wiedziała, że nie przepadam za kawą i lubiła śmiać się z moich reakcji na propozycje, pójścia an kawę.
- Okej, to lody!
   W pewnej chwili poczułam mocne szarpnięcie. Gustav zobaczył jakiegoś kota i chciał się pobawić. Z tego wyszło tylko tyle, że ludzie zaczęli się na mnie dziwnie patrzeć, gdy Gustav szczekał na drzewo. Oczywiście nikt nie wiedział, że tam jest kot. Z pomocną Kariny odciągnęłam tego wielkoluda od drzewa i podreptałyśmy do parku. Wolno spacerowałyśmy podziwiając piękne widoki tego miejsca.
- To dziemy na te lody? - zagadałam po chwili ciszy.
- Pewnie, to chodź!
   Złapała mnie za rękę i  lekko pociągnęła. Szłyśmy dość długa. Nie miałam pojęcia kiedy zobaczę upragnioną budkę z lodami.
- Czy ty chociaż wiesz gdzie to jest? - zapytałam z lekkim poirytowaniem. Odpowiedziała mi tylko cisza. - Karina! Chcesz mi powiedzieć, że łazimy już pół godziny bez najmniejszego sensu?
- Dobra ciii. Ciocia mówiła, że jest niedaleko parku, więc bądź cierpliwa i nie marudź. - ja ją normalnie kiedyś uduszę.
   Doszłyśmy do jakiegoś wielkiego placu. W samym jego środku była ogromna, piękna fontanna. Naokoło niej przeróżne sklepy, kawiarnie i budki z jedzeniem. Zaczęłam iść w kierunku budki z lodami, ale najwidoczniej Gustavowi to się nie spodobało, bo pociągnął mnie w zupełnie przeciwną stronę, przez co runęłam na ziemię. Przed oczami miałam jakieś duże czarne buty. Super, fajnie. Podniosłam się i spojrzałam na kolesia. To był jakiś wielki goryl; umięśniony, wielki i zgolony na jeża.
- Cześć. - o dziwno ten kolo miał całkiem dziwny głos.
- Yyyy... hej - odpowiedziałam trochę zmieszana.
- Widzisz tamtego chłopaka w kapturze przy stoliku pod brązowym parasolem? - zapytał, a ja odwróciłam głowę i zobaczyłam jakiegoś chłopaka popijającego jakiś napój.
- No tak...
- Bardzo mu się spodobałaś i chciałby się z tobą umówić, podejdziesz do niego? - zapytał z nutką nadziei. Skinęłam delikatnie głową i zaczęłam iść w kierunku chłopaka.
- Hej, jestem Niall. - usłyszałam ciepły głos chłopaka.
- Łucja - podałam mu rękę. On tylko spojrzał na mnie jak na debila. No tak powiedziałam anglikowi imię, którego nawet nie powtórzy. Bardzo mądrze. - Lucy.
- Miło mi cię poznać. - powiedział kształtując swoje usta w uśmiech. - Umówisz się ze mną?
- No chyba nie.
- Jak to 'nie'?
- Normalnie, ja cię nawet nie znam.
- Kojarzysz One Direction? - skinęłam głową. - Śpiewam tam.
- Gówno mnie to obchodzi. - odpowiedziałam z chytrym uśmieszkiem. Odwróciłam się na pięcie i chciałam iść, ale drogę zagrodził mi ten goryl, a niejaki Niall złapał mnie za rękę. Przyciągnął do siebie i szepnął do ucha:
- Pójdziesz ze mną na tą jebaną randkę, czy ci się to podoba czy nie. - uśmiechnął się z satysfakcją, a ja spojrzałam w jego oczy. One są takie piękne. Najbardziej  niebieskie, jakie kidykolwiek widziałam. Ale były one przepełnione gniewem. - Słyszysz? Daj mi swój numer. Nie próbuj nie odbierać, ja cię znajdę. - przełknęłam głośno ślinę, a on znowu się uśmiechnął. Bałam się go, bałam jak nikogo innego. Podyktowałam mu numerki numery i chciałam wyrwać się z jego uścisku, ale był za silny. - Nie próbuj i tak nie dasz rady. - skomentował moje zachowanie i puścił. Spojrzałam na swój zaczerwieniony nadgarstek i spojrzałam na niego z łzami w oczach. On tylko wstał, przytulił mnie i wyszeptał nieme 'przepraszam'. Nie rozumiem, raz brutalny, drugi raz opiekuńczy. Fajnie się wkopałam, a to wszystko przez ten głupi spacer.

_______________________________________
No i jest już 8 rozdział. Uwielbiam was robaczki. Dziękuję wam za to, że macie ochotę czytać moje wypociny. Za każdy komentarz jestem ogromnie wdzięczna. Do zobaczenia :) :*

17 października 2013

Rozdział 7

   Patrzyłam na Karinę, mocno ściskając jej dłoń. Widziałam w jej oczach lęk. W podobnej sytuacji zginął jej brat - Mateusz. Więc nic dziwnego, że dziewczyna się boi. Ale ja wiem, że wyjdziemy z tego cało. Że wszyscy wylądujemy szczęśliwie i nic się nikomu nie stanie. Po prostu to wiem..
   Wszyscy siedzieli przymocowani pasami do foteli. Pocieszali się nawzajem, choć się nie znali. To był piękny widok. Tylko szkoda, że rozmawiają tylko w wyniku zagrożenia, ale mamy XXI w. słowa jak 'dzień dobry', czy 'przepraszam' są większości populacji obce. To przykre, ale niestety prawdziwe.
   Nagle poczułam lekki wstrząs. Zamknęłam odruchowo oczy, ściskając rękę przyjaciółki. Czekałam na koniec. W sumie śmierć ma tez i dobre strony. W moim przypadku, np. spotkam się z mamą, hejty odejdą w zapomnienie. Będzie jak w raju. Ale to nie takie proste. Co z moim tatą? On się załamie, będzie się obwiniał. Pomyśli, że to jego wina, bo pozwolił mi jechać na te wakacje. A co z Kacprem? Moim najlepszym przyjacielem? Kocham go jak brata i ie chce, żeby był z tego powodu smutny. Nie chcę patrzeć z góry, jak wieczorem samotne łzy spływają ciurkiem po jego policzkach. Nie chcę, żeby przychodził na mój grób i pytał 'dlaczego to zrobiłam? dlaczego nie zostałam w domu?'. To wszystko zaczęło mnie przerastać. Nie chciałam umierać. Ne w ten sposób. Otworzyłam szybko oczy i rozejrzałam się wokoło. Zobaczyłam ludzi. Przestraszonych, zapłakanych. Od dzieci po staruszków. Przecież nie możemy tak wszyscy zginać... to nie fer... Odpięłam pas i wstałam z fotela.
- Posłuchajcie mnie wszyscy. Zamiast płakać i się żalić, odmówmy wspólnie modlitwę. Bóg nas wysłucha. To pomoże naszemu pilotowi. Zaufajcie mi, proszę. Nie chcę, żebyśmy wszyscy umarli... w taki sposób. Jeszcze piękne lata przed nami. Czy nie przyjemniej pożegnać się z życiem w małym domku na wsi, przy starym psim przyjacielu? Z żoną, czy mężem u boku i dziećmi, które robią ciepłą herbatę? I wnukami bawiącymi się u naszych stóp, podczas gdy my będziemy siedzieć w fotelach bujanych? Czy tak nie jest lepiej?A teraz odmówmy różaniec. Najszczerzej jak umiemy. Tak, żeby Bóg wysłuchał. Żebyśmy spokojnie wylądowali. - uśmiechnęłam się na koniec i usiadłam. Byłam z siebie dumna i czułam, że mama też jest. Zaczęłam różaniec, bo inni się najwyraźniej wstydzili. Robiliśmy to całym sercem. Wiedziałam to.
   Kolejny wstrząs. Przestraszyłam się, ale odmawiałam różaniec dalej. Po krótkiej chwili usłyszałam głos naszej stewardessy:
- Drodzy państwo, nasz pilot szczęśliwie wylądował. A my właśnie jesteśmy w Londynie.Chciałam z całego serca podziękować młodej dziewczynie w dredach. Za walkę do końca. Za wiarę w siebie i w nas, w pilota i Boga. Życzę udanych wakacji i dziękuję za wspólny lot. Kiedy już wstałam z miejsca usłyszałam głośne brawa. Wszyscy patrzyli na mnie. Nie wiedziałam jak mam się zachować. Po moich policzkach popłynęły łzy. Nie smutku, ale szczęścia. Wszyscy byli dla nas mili - dla mnie i dla Karinki. Chcieli, żebyśmy wyszły pierwsze, ale zaprzeczyłam i poczekałyśmy aż wszyscy opuszczą samolot.
 
~*~

- Cześć córciu! - usłyszałam  ciepły głos cioci Kasi. Tak właściwie, to odkąd wyprowadziła się z Polski to cioci - Kate.
- Hej ciociu, na jaką ulice mamy przyjechać?
- A na jakiej jesteście?
- Już cioci mówię. Karinka, jaka to ulica? - zapytałam przyjaciółkę, która rozglądała się za pięknem tego miejsca.
- One way road - odpowiedziała zamyślona. Moment... przecież to oznacza 'droga jednokierunkowa'... Moja głupiutka.
- Nie widzę żadnej tabliczki z nazwą. Jesteśmy na lotnisku głównym. Jak możesz to przyjedź po nas, a jak nie to podaj adres to zamówimy taksówkę.
- Kochanie nie ruszajcie się stamtąd. Zaraz będę. - usłyszałam tylko pikanie telefonu i wsadziłam go do kieszeni szortów.

~*~

- Jej, ciociu jak tu pięknie. - nie mogłam się napatrzeć na ten piękny dom. Na ogród. Wszystko było po prostu idealne.
- Nie przesadzaj, aż tak wspaniale to nie jest. - zauważyłam u niej mocno czerwony rumieniec. Uśmiechnęłam się tylko. W ułamku sekundy leżałam na ziemi. Kompletnie nie wiedziałam co się stało. Kiedy otworzyłam oczy zobaczyłam wielki, kudłate coś, które lizało moja twarz, bardzo mnie przy tym łaskocząc.
- A to jest Gustav. - powiedziała ciocia śmiejąc się z zaistniałej sytuacji.
- Jaki on śliczny! - pisnęła Karina na niego. Zaczęła go głaskać, drapać i przytulać. Ona tak kocha psy. Ale zabawnie to wygląda, kiedy tak mała istotka bawi się z tak wielkim zwierzęciem. Razem z ciocią poszłysmy do kuchni czegoś się napić, a moja siostra została z Gustavkiem. Słyszałam jej śmiech i szczekanie psa. To było takie słodkie.
   Zrobiło się już późno więc udałyśmy się do swoich pokoi. Kiedy otworzyłam drzwi pierwsze co rzuciło mi się w oczy to ogromne lustro na ścianie. Kocham się przeglądać i stroić różne głupie miny więc to jest super! W mig włożyłam swoje ubrania do szafek i położyłam wszystkie drobiazgi na odpowiednich miejscach. Wszystko komponowało się ślicznie. Zauważyłam jakieś drzwi i z ciekawości je otworzyłam. Nie mogła uwierzyć w to co zobaczyłam. Własna łazienka! Jej jak super. Lepiej chyba być nie może. Umyłam się szybciutko i wgramoliłam się do łóżka. Leżałam chwilę, a potem sen zgarnął mnie do swojego świata. Śniłam o przeróżnych rzeczach, ale najbardziej zapamiętałam piękne, najbardziej niebieskie oczy na świecie. Tylko... do kogo one należą?


__________________________________________
A wy już domyślacie się do kogo? Mam nadzieję, że nikogo nie zanudziłam i gratuluję tym, którzy przeczytali do końca moje wypociny. Kocham was mocno i dziękuję za każdy komentarz i każde wejście na bloga. Kolorowych snów kochani :) :*

16 października 2013

Rozdział 6

- No gadaj! - wybuchnęłam. Spojrzałam na nią. Jeszcze bardziej się przestraszyła... zasmuciła? - Karinka przepraszam... Chcę ci pomóc, nie mogę patrzeć jak się smucisz. Pamiętasz? - zapytałam z uśmiechem dotykając łańcuszka na jej nadgarstku. Zbliżyłam go do takiego samego, na mojej ręce i połączyłam. Utworzył się napis 'Best fucking friends'. - Na zawsze razem. Pamiętaj. A teraz mów.
 - No więc, wiesz, że mój brat zginął w wypadku samolotowym? - spytała, po czym spuściła wzrok na podłogę. Położyłam swoją dłoń na jej udzie i zaczęłam poklepywać. Złapała głęboki oddech i zaczęła mówić dalej. Nie musiała, wszystko miałam jasno przed oczami. Ale nie chciałam wyjść na debilkę, która nie wysłucha przyjaciółki.
- Od tamtego czasu strasznie boję się wszystkiego co lata wysoko nad ziemią. Helikopterów, spadochronów, a w szczególności samolotów. - spojrzała na mnie przepraszającym wzrokiem, na co tylko się uśmiechnęła. - Dlaczego się szczerzysz?! To nie jest śmieszne!
- Kochanie. Czy lecisz sama?
- Nie...
- Będę tam z tobą?
- Tak...
- Ufasz mi?
- No tak, ale...
- Nie ma żadnego ale, zrozumiano? Najważniejsze jest to, że mi ufasz. Przecież lot nie trwa wieczność. Damy sobie radę. We dwie. - powiedziałam, ale odpowiedzi nie otrzymałam. Karina wtuliła się we mnie najmocniej jak umiała. Nie mogę jej teraz zostawić. Nie w takim momencie. Sprytnie wyciągnęłam z kieszeni telefon i szybko napisałam do taty. 'Hej tato! Śpię dziś u Karinki, oki? Nie idę do szkoły więc nic do stracenia :) Kocham mocno. Wrócę jutro :*'. Rzuciłam telefon na łóżko i powiedziałam przyjaciółce, że zostaję u niej na noc. Ucieszyła się jak małe dziecko i przytuliła mnie jeszcze mocniej.
   Mama Karinki - pani Gosia - zawsze mi mówiła, że jestem mile widziana w ich domu. Więc nie bałam się, że nie pozwoli mi nocować u przyjaciółki. Wyszłyśmy z pokoju i weszłyśmy do kuchni. Karina promieniowała szczęściem i zadowoleniem.
- Córciu, co się stało? Wszystko dobrze? - pytała pani Gosia. Jeszcze pół godziny temu jej córka była w załamaniu nerwowym, a teraz tryska radością. W sumie to mogła się zdziwić.
- Nie nic, po prostu mam najlepszą przyjaciółkę na świecie. Łucja dzisiaj u mnie przenocuje, oki?
- Jeśli to problem proszę pani to...
- Jakie proszę pani? Ile razy mam ci powtarzać, że możesz mi mówić ciociu? - kobieta zaśmiała się, a ja oczywiście zarumieniłam. CIOCIA Gosia zauważyła to i od razu do mnie podeszła.
- Jeśli się krępujesz to mogę być dla ciebie pani, ale czuję sie staro jak ktoś tak do mnie mówi. - uśmiechnęła się do mnie szczerze.

~*~

- I ostatnia osoba z klasy pani Rabczewskiej kończąca ten rok szkolny z czerwonym paskiem na świadectwie-Łucja Czajkowska. - Usłyszałam swoje nazwisko i wyszłam na środek sali. Otrzymałam wynik mojej ciężkiej pracy przez cały rok szkolny i zarumieniłam się przed całą szkołą. A co mi tam. Niech się śmieją. Przynajmniej mam pasek na świadectwie, a nie na dupie. Zachichotałam w duchu i wróciłam na swoje wcześniejsze miejsce. Siedziałam i siedziałam. Nudziłam się jak nigdy. Nawet na matmie jest lepiej. W końcu usłyszałam upragnione: 'Spokojnych, bezpiecznych i najlepszych wakacji w waszym życiu kochani-do zobaczenia za rok!'-dyrektorka zakończyła tę piękną uroczystość i zaczęła się przepychanka do drzwi. Chłopcy jak małe dzieci wyprzedzali dziewczyny, zadeptując im przy tym piękne buty. 'Ale dżentelmeni'-pomyślałam w duchu i czekałam, aż wszyscy wyjdą. Wolę opuścić szkołę z honorem, wyglądając [przy tym idealnie, niż z potarganymi włosami i brudnymi butami.
   Nareszcie poczułam wakacyjne powietrze. Zupełnie inaczej się teraz oddycha. Rozmyślałam nad tym chichocząc co chwilę. W pewnej chwili coś, a raczej ktoś złapał mnie za rękę. Obróciłam głowę i już myślałam, że to Karinka, a jednak...
- Co ty tu robisz Kacper?!
- Jak to co? Przyszedłem się pożegnać. Nie będę cię widział całe dwa miesiące. Z kim teraz będę chodził na basen i wcinał lody w parku? - powiedział z miną smutnego szczeniaczka.
- Oh Kacper...
- No co? - zaczął się śmiać, nawet nie wiem z czego. Patrzyłam na niego jak na debila, a on zmieszany tą sytuacją ogarnął się i Wyprostował.
- Lu! Musimy jechać! Bo się spóźnimy! - usłyszałam za sobą głos Kariny. Słychać było w nim delikatne przerażenie, ale i szczęście. Tak ogromne szczęście. Co się dziwić? W końcu za kilka godzin będziemy już w Londynie.
- To musimy się pożegnać Kacperku...- przeciągnęłam słodko ostatnią literkę jego imienia i uśmiechnęłam się słodko.
- To do zobaczenia mała. - pokazał ząbki i złapał mnie w talii, po czym podniósł do góry i mocno przytulił. Tak, jakby myślał, że już nigdy się nie zobaczymy.
- Debilu puść mnie, muszę iść. - powoli odchodziłam idąc cały czas tyłem. Machałam do przyjaciela, aż znalazłam się koło samochodu.
- Gotowa? - usłyszałam głos taty, kiedy wsiadłam do pojazdu.
- Jak nigdy dotąd. - odpowiedziałam pewnym siebie głosem.

~*~

- Proszę zapiąć pasy, za chwilę startujemy - usłyszałam po czym jednym, zwinnym ruchem wykonałam polecenie.
- Jej, Karinka, jak się cieszę. Cieszę, się, że jesteś tu ze mną. Że spędzimy razem wakacje. Że cię mam.
- To ja jestem ci wdzięczna. Nigdy nie odważyłabym się wsiąść do samolotu. - spojrzała na mnie oczami pełnymi miłości. Poczuła, że samolot startuje i chwyciła moją dłoń. Z każdą sekundą zaciskała ją coraz mocniej. Nie przejmowałam się tym. Chciałam tylko czuć, że jest bezpieczna. I chyba byłam. Już po kilku minutach mogliśmy odpiąć zabezpieczenie i swobodnie robić co nam się żywnie podoba. Moja 'siostra' wyciągnęła iPoda i słuchawki. Zawsze słuchała muzyki, gdy chciała się odstresować. Ja zaczęłam podziwiać widoki, które był za oknem. Nie mogłam się napatrzeć. Ty góry, za chwilę jeziora, rzeki. Cudne, piękne, nieziemskie. Te określenia najtrafniej opisywały te widoki. Potem niestety widziałam tylko białe obłoczki, co mnie trochę zmartwiło, ale i tak było pięknie. Nagle z głośników samolotowych wydobył się głos znanej nam już trochę stewardessy:
- Drodzy pasażerowie, dolatujemy już do Londynu. Za chwilę będziemy nad lotniskiem. Niestety koła podwoziowe nie chcą się wysunąć, więc będziemy próbować lądować bez nich. Prosimy o zachowanie spokoju i zapięcie pasów. Dziękujemy. - super. Nawet nie chciałam patrzeć na twarz Kariny. Co ja na niej zobaczę? Strach? Ból? Czy może jeszcze coś innego? Niechętnie, ale spojrzałam, przecież musiałam wiedzieć co się z nią dzieje. Obróciłam głowę i zobaczyłam... spokój? Niemożliwe... ale... Tak w oczach jest przerażenie. Ścisnęłam jej dłoń i sztucznie się uśmiechnęłam. Próbowałam się opanować i czekałam na nasze dalsze losy...


__________________________________
Jesteście kochani! Dziękuje za ponad pół tysiąca wyświetleń. To dla mnie wiele znaczy. I dziękuję za komentarze. Naprawdę motywują. Gdy je czytam od razu chce mi się pisać i częściej się uśmiecham. Życzę wszystkim dobrej nocy :) :*

15 października 2013

Rozdział 5

   Biegłam coraz szybciej i szybciej. Torby z zakupami przeszkadzały mi w tym, ale nie chciałam się poddać. Nie wiedziałam po co on mnie goni. Czy chce mi coś zrobić, czy nie. Z jednej strony może na przykład powiedzieć, że coś zgubiłam. Ale z drugiej - zaciągnąć mnie w jakiś zakamarek i nie wiadomo co potem. Zdecydowałam, że pobiegnę najszybciej jak mogę. Już dostałam kolki, ale słyszałam tajemniczego gościa. Kurde on się na mnie uwziął. To mnie przeraża.
   Ostatni suseł i jestem pod furtką. Pociągnęłam za jej klamkę i popchnęłam. Weszłam na posesję i jednym pchnięciem zamknęłam wejście. Podeszłam do drzwi wejściowych i pociągnęłam za klamkę. No super - zamknięte. Kocham mój fart. Upuściłam wszystkie torby na ziemię i zaczęłam szukać klucza. Jedna kieszeń - nie ma; druga - też; trzecia - to samo; czwarta... - też nie ma. Jezu zgubiłam klucz. No pięknie. Zaraz przyjdzie tu jakiś zboczeniec i mnie zgwałci, a ja nie mogę się dostać do własnego domu. Świetnie. Zaczęłam szukać na dróżce przebiegającej od furtki do schodków przy drzwiach wejściowych. Nigdzie ich nie ma. Jezu tata mnie zabije i w dupę pojadę, a nie do Londynu. Super, genialnie...
   Siedziałam tak i siedziałam i siedziałam, gdy nagle uświadomiłam sobie, że jak gdzieś wychodzę, to nie zabieram ze sobą klucza. Zwykle chowam go do doniczki z zielona żabką. Weszłam na stopień i włożyłam rękę do doniczki. I co? I jest? Jaka ja jestem głupia. To jest aż nierealne. Ale cóż,  z głupota trzeba się urodzić.
   Weszłam do domu i dokładnie go zamknęłam. Wbiegłam do swojego pokoju, zdejmując wcześniej buty. Torby rzuciłam gdzieś w kąt i rzuciłam się na łóżko. Myślałam nad tym typem i powoli zsunęłam się na miękki dywan. Patrzyłam w sufit i śmiałam się sama do siebie. Nie wiem z czego. Tak - po prostu. W pewnej chwili coś za wibrowało mi w kieszeni. 'Sms' - pomyślałam i wydobyłam komórkę. Byłam sama w domu, więc czytałam na głos: 'Od Kacpereek : Hej, szedłem dziś za tobą, potem przyspieszyłaś i zaczęłaś biec, więc ja też. Pytanie: przed czym uciekaliśmy? :( :*'. O nie wierzę! Jaki debil. Zabiję go chyba. Jak tak można mnie straszyć? Głupek jeden. Nie wiedziałam co odpisać. Udało mi się tylko wystukać: 'No ja tam uciekałam przed jakimś typem ubranym na czarno, ale widziałam, że jacyś Dementorzy byli za tobą :) <3'.
   Rzuciłam telefon na podłogę i energicznie się podniosłam. Zjechałam na poręczy, która ciągnęła się wzdłuż schodów i weszłam do kuchni. Nalałam sobie soku pomarańczowego i wyszłam z kuchni. Ale mam farta dziś. Mmm... Nie ma to jak wylać sok pomarańczowy na świeżo umytą podłogę. Brawa dla mnie. Wzięłam szybko jakaś ścierkę i zaczęłam wycierać napój. Przejechałam szmatką po powierzchni ostatni raz i poszłam wypłukać ściereczkę.
   Podreptałam stromymi schodkami do piwniczki w poszukiwaniu walizki. Nie obeszło się bez pisków na widok pająka i wejścia w wielką, białą, lepka pajęczynę. Nienawidzę tego. Ohyda. Rozglądałam się po pomieszczeniu i w końcu wypatrzyłam skarb, po który przyszłam. Błękitna walizka bardzo rzucała się w oczy. Tylko, że był jeden problem. Nie mogłam się do niej dostać. Wszędzie stały pudła wypełnione przeróżnymi rzeczami. Od książek - po kołowrotki wędkarskie. Weszłam w głąb pudeł i zaczęłam się między nimi przepychać. W pewnej chwili zachwiałam się i upadłam... wszystkie pudła spadły na mnie. Pisnęłam jak małą dziewczynka, skoczyłam na równe nogi i łapiąc za rączkę walizki, która była tuż obok mnie - wybiegłam przerażona z tego strasznego miejsca. Zostawiłam walizkę w przedpokoju i poszłam jak najszybciej pod prysznic. Zdjęłam z siebie ubranie i weszłam pod ciepłą wodę wpływającą z prysznica. Nalałam na rękę szampon i zaczęłam dokładnie myć dredy. Zajęło mi to trochę czasu. Zresztą zawsze tak robię, chcę, aby był piękne, mocne i lśniące. Potem je dokładnie wypłukałam i wyszłam spod ciepłej wody. Okryłam się białym, aksamitnym szlafrokiem, a włosy zawinęłam w turban.
   Kiedy już się wytarłam, założyłam czarne szorty i jakąś luźną bluzkę. Jak zwykle wieczorem włączyłam sobie jakiś film. Przyniosłam jeszcze z kuchni czipsy i colę i weszłam do łóżka. 'Nie idę jutro do szkoły. Nie chcę mi się. Tata zrozumie. Pójdę na zakończenie.' Uśmiechnęłam się sama do siebie i odpaliłam romansidło. Po 10 minutach ktoś do mnie zadzwonił, więc musiałam wyłączyć film.
- Halo? - zapytałam trochę zaspanym głosem, nie wiem dlaczego taki był... dziwne.
- Lu? - usłyszałam głos mojej Karinki, był jakiś... zrozpaczony?
- Co się stało skarbie? - z każdą chwilą martwiłam się coraz bardziej.
- Bo...
- Bo?
- Bo ja chyba z tobą nie pojadę...
- Co? Jak to? Dlaczego?
- Przepraszam... - rozłączyła się, a ja usłyszałam pikanie telefonu. Nie mogę tak tego zostawić. Ubrałam dresy i wybiegłam z domu. Truchtałam aż do domu przyjaciółki. Zajęło mi to dokładnie 15 minut. Nowy rekord. Zapukałam grzecznie i w drzwiach ukazała się szczupła sylwetka mamy mojej przyjaciółki.
- Dzień dobry - powiedziałam z wielkim uśmiechem - jest Karina?
- Jest, ale nie wiem czy jest chętna do rozmowy.
- Spróbuję - powiedziałam pewna siebie i weszłam do domu. Zdjęłam buty i podreptałam do pokoju przyjaciółki.
*PUK PUK*
- Nie chcę nikogo widzieć. - syknęła do drzwi.
- Karinka to ja...
- Po coś przyszła?
- Wpuść mnie, proszę... - usłyszałam tylko dźwięk przekręcającego się zamka w jej drzwiach i weszłam do pomieszczenia.
- Kochanie, co jest?
- No bo ja chyba nie pojadę... - na jej twarzy zagościł smutek.
- Czemu słońce? Mów wygadaj się, lepiej ci się zrobi. - obdarzyłam ją uśmiechem i przytuliłam do siebie.
- To może śmieszne, ale ja...

_______________________________________________________
Nareszcie rozdział piąty ♥ Dziękuję za tyle wyświetleń i komentarze:-) Jeśli przeczytałaś, pozostaw po sobie komentarz. To motywuje :-)) ♥

14 października 2013

Rozdział 4

     Przez okno wpadały pierwsze promienie słońca, które przyjemnie ogrzewały moją buźkę. Zamknęłam oczy i próbowałam jeszcze usnąć. Jak na złość dostałam sms'a. Grrr... Co oni chcą ode mnie z samego rana? Odblokowałam telefon i wyczytałam: 'Wstaaaaaaawaj! Nie zapomnij, ty+ja+centrum handlowe o 12:00 masz się nie spóźnić!!! Karinka xx'. Jezu ale debilka jest 8 rano, a ona mnie podle budzi. Czasem mam ochotę ją zabić, ale nie wiem co bym bez niej zrobiła. Kocham ją jak siostrę. I tyle. Debil mój.
     Wygramoliłam się z łóżka i założyłam moje ulubione kapcie. Złapałam za gumkę, która leżała koło łóżka i związałam włosy w wysokiego kucyka. jak dobrze, że nie muszę ich czesać. Zbiegłam na dół i zobaczyłam kartkę na blacie, a obok niej białą kopertę. 'Lulu, zostawiłem ci 400złoty, żebyś coś sobie kupiła, wiem, że masz swoje oszczędności, ale weźmiesz je sobie to Londynu. Kocham, tata :)'. O jejku jaki on kochany. Najwspanialszy tata na świecie!
     Zrobiłam sobie dwa tosty z serem i kukurydzą, po czym polałam je keczupem. Do tego sok pomarańczowy i można jeść. Siadłam na sofie, a talerz i szklankę położyłam na małym stoliku przed sobą. Kęs, kęs, łyk i po posiłku. Szkoda, dobre było. Wstałam i włożyłam naczynia do zmywarki. Z szafki wyciągnęłam paluszki i zaczęłam je chrupać. W końcu odłożyłam paczkę na swoje miejsce i poszłam się ubrać. Krótkie spodenki i bluzka z ciasteczkowym potworem już były na moim ciele. Zadowolona poszłam umyć zęby i zrobić lekki makijaż. Wyszłam z pomieszczenia i poszłam odpalić komputer. Mam jeszcze dwie godziny, więc weszłam na aska i zaczęłam odpowiadać na pytania. Dziwne było to, że nie znajdował się tam ani jeden hejt. Dobra, może sobie w końcu odpuścili.
     Zanim się spostrzegłam  było 20 po 11. Autobus mam za 10 minut, a jedzie się około 15, więc będę na czas. Wyłączyłam laptopa i zamknęłam go. Zbiegłam do przedpokoju łapiąc w pośpiechu: telefon, słuchawki, klucze i pieniądze. Włożyłam moje białe converse i wybiegłam z domu, wcześniej go zamykając. Pobiegłam na przystanek, a autobus przyjechał dokładnie w tym samym momencie, co ja przytruchtałam. Weszłam do pojazdu i znalazłam sobie jakieś miejsce. Oczywiście mam takie szczęście, że jakiś śmierdzący alkoholem menel musiał się przysiąść. Zajebiście. Na szczęście to tylko 15 minut. Ten czas minął szybciutko i w końcu mogłam się uwolnić od tego smrodu. Dojście z przystanku do centrum zajęło mi 10 minut. Stałam jak debil przed wejściem czekając na Karinę. Tak, nareszcie. Wypatrzyłam w tłumie ludzi jej lśniące blond włosy i podbiegłam do przyjaciółki.
     -Elo morelo...
     -3 2 0 - nie dała mi dokończyć, sama to zrobiła wybuchając głośnym śmiechem.
      Weszłyśmy do centrum i zdecydowałyśmy, że będziemy wchodzić do wszystkich sklepów, jakie nam się spodobają. Nie ma narzekania, ani męczenia.
     -Ej, Łucjaaaaa - tak słodko przeciągała ostatnie litery mojego imienia - bo jestem głooodnaaa.
     -I co ja ci niby poradzę? - zapytałam z uśmieszkiem.
     -Idziemy do KFC! - krzyknęła, po czym złapała mnie za nadgarstek i pociągnęła mnie w stronę baru z fast-food'em.
     -Dwa longery i frytki, do tego napój z możliwością dolewki - powiedziałam do kasjerki, po czym dałam jej pognieciony banknot. Długo nie czekałam i dostałam tackę z jedzeniem. Wepchnęłam ją Karinie w ręce i poszłam nalać nam picie. Wybrałam Pepsi Light i wróciłam do mojej towarzyszki. Po zjedzeniu posiłku poszłyśmy na dalszą wyprawę po ciuchy. Niestety nic sobie nie wypatrzyłam, za to ręce Kariny nie mogły już utrzymać ciężaru  zakupów, przez co ja byłam obciążona jej zakupami. Około 17 zaczęłam znajdować ciuszki dla siebie, więc gdy wyszłyśmy z centrum to każda nosiła swoje zakupy. Nie chciałyśmy się jeszcze rozstawać, więc postanowiłyśmy, że pójdziemy do Pizzy Hut. Zamówiłyśmy Margerię i zajęłyśmy miejsca. Po skończonym posiłku zmęczona, ale szczęśliwa złapałam autobus do domu.
     Kiedy wysiadłam z pojazdy zobaczyłam jakiegoś typa ubranego na czarno na przystanku. Zaczęłam iść, a on za mną. Truchtać - on też. Biec - on również... Przestraszyłam się, nie wiedziałam co zrobić...

___________________________

I tak oto jest czwarty rozdział :-) Proszę - komentujcie:(